Browarek pod chmurką - po prostu wstyd
Siedem - tyle ogródków piwnych przy sklepach działa oficjalnie w Człuchowie. Faktycznie jest ich co najmniej kilkanaście. Klienci tych podniebnych pubów mocno dają się we znaki właścicielom domów, przychodni i innych instytucji sąsiadujących ze sklepami.
- Sikają, śmiecą mi pod przychodnią - mówi właścicielka jednego z człuchowskich NZOZ. - Dlaczego to ja mam płacić za wywożenie butelek wyrzucanych przez klientów takiego ogródka. Właściciela sklepu to nie interesuje - on nie ponosi konsekwencji.
Tadeusz Dębski, dyrektor człuchowskiego Sanepidu bezradnie
rozkłada ręce.
- Najwięcej do powiedzenia w tej sprawie ma burmistrz miasta - mówi dyrektor Dębski. - Co z tego, jeśli od trzech lat staram się przekonać człuchowski urząd, że zdecydowana większość ogródków nie spełnia podstawowych wymogów sanitarnych. My zgodziliśmy się jedynie na te przy restauracji 777 oraz przy Placu Wolności u pana Szarego. Co najważniejsze - są przy nich toalety. Tymczasem, gdy tylko zrobi się trochę cieplej, właściwie przy co trzecim sklepie ustawia się parasole i stoliki. Jednym z najbardziej jaskrawych przejawów łamania prawa jest ogródek piwny znajdujący się kilka, może kilkanaście metrów od żłobka i przedszkola.
Policjanci twierdzą, że robią co w ich mocy, nie mogą jednak czuwać przez cały czas przy każdym sklepie.
- Ilość mandatów nakładanych za spożywanie alkoholu w niedozwolonych miejscach wzrosła w ostatnim czasie o ponad 200 procent - mówi komisarz Dariusz Kłudka, zastępca komendanta człuchowskiej policji. - Nie zawsze jednak możemy
sprawnie działać,
jeśli Urząd Miasta wydaje zezwolenia na spożywanie alkoholu w obrębie sklepu.
Według pracowników człuchowskiego ratusza to jednak się zmieni i to bardzo szybko.
- Nie możemy z dnia na dzień odebrać komuś koncesji na sprzedaż alkoholu - mówi Jacek Ołów z człuchowskiego urzędu. - Musimy poczekać na wygaśnięcie koncesji. Bez pozytywnej opinii Sanepidu nie będą przedłużane ani wydawane zezwolenia na spożywanie alkoholu w obrębie sklepu. Niestety wielu właścicieli takich przysklepowych ogródków, mimo, że nie ma odpowiedniego pozwolenia tłumaczy, że jest to miejsce w którym klienci mogą napić się oranżady. Przeprowadzamy wprawdzie kontrole, nie możemy tego jednak robić zbyt często, a żeby wyciągnąć konsekwencje musimy złapać kogoś za rękę. Efekty są mizerne.
Co ze sklepem przy żłobku, o którym mówił Tadeusz Dębski? Według Jacka Ołowia problem powinien być już wkrótce rozwiązany - 20 kwietnia właścicielom wygasa bowiem koncesja na sprzedaż alkoholu.
Właściciele sklepów z pseudoogródkami nie chcieli z nami rozmawiać.
- Lepiej niech piją tutaj niż gdzieś nad jeziorem - krótko ucina jeden z nich.