www.monek.dotre.pl


Życie w karetce


dotre | hivot | noned | monek | belos | xinder | misse | gorlic | bisset | RSS


5.30 to dla mnie normalna godzina na pobudkę. Szybki prysznic, w biegu ubieram się, łapię torbę, kanapki i biegiem do autobusu. Przed blokiem wpadam na sprzątaczkę, pocieszam się w myślach, że przynajmniej ktoś musiał wstać jeszcze wcześniej niż ja. W autobusie, standardowo o tej godzinie, oglądam wymęczone twarze ludzi, którzy korzystając z okazji próbują jeszcze zdrzemnąć się przed pracą. Ale trudno, chciało się być ratownikiem, to trzeba pracować jak ratownik.
Zaczynam dzień
Moja zmiana wchodzi na dyżur o godzinie 7. Jednak mamy takie niepisane reguły, że zmieniamy się zazwyczaj pół godziny wcześniej. Pierwsza, chyba już automatyczna czynność po przekroczeniu progu stacji pogotowia to zaparzenie kawy. Kanapki wrzucam do kieszeni kombinezonu, nauczony doświadczeniem, że w najbliższym czasie mogę nie mieć okazji zjeść czegokolwiek. Wśród osób, które schodzą z nocki, można wyróżnić dwie grupy: tych, którzy wracają do domu, oraz tych, którzy pędzą na kolejny dyżur w innej bazie. Uważam, że to trochę nienormalne po 12 godzinach pracy iść na kolejne 12, no ale takie, niestety, są pensje, że inaczej ciężko związać koniec z końcem. I to dopiero jest nienormalne. Kawa w kubku, papieros w dłoni i krzyk z dyspozytorni ?erka wyjazd na niebieskich?!
No więc biegiem do ambulansu, tak biegiem, wtedy jeszcze biegałem, później mi przeszło. Ja i kierowca już w środku, czekamy jeszcze na lekarza. Gdy ten w końcu się pozbierał, gazem i na gwizdkach. Po drodze standardowo, idioci blokujący skrzyżowania lub zajeżdżający drogę i moi faworyci, czyli ci kierowcy, którzy hamują przed karetką, niewyraźne miny osób, które patrząc na nas myślą chyba, że tak sobie chcieliśmy pojeździć. Dojeżdżamy do szkoły, torby w garść, i jeszcze kilka gadżetów, które mogą się przydać. Zabieramy woźnego po napadzie padaczki, gdy po chwili dochodzi do siebie, próbuje go pocieszyć że wszystko jest w porządku i jedziemy do szpitala, a on mi na to że wcale nie jest dobrze bo właśnie stracił pracę, leczy się ale powiedziano mu że jeszcze jeden atak i wylatuje, bo dzieci nie powinny oglądać takich scen.
Kolejne wezwanie
Ledwo odstawiliśmy pacjenta, a tu już kierowca pogania że kolejne wezwanie do nieprzytomnego. Zatrzymujemy się przed dość zniszczonym blokiem w nienajlepszej dzielnicy miasta, wpadamy na klatkę schodową gdzie przywitał nas pomieszany fetor ludzkich i kocich odchodów. Mieszkanie na parterze, wpuszcza nas mężczyzna około 50, ciężko powiedzieć bo jest bardzo zaniedbany, w mieszkaniu odór wcale nie zmalał, a dodatkowo trzeba było uważać na pełno porozrzucanych gratów. Zdenerwowany z trzęsącymi się rękoma, mówi nam że wczoraj wieczorem popili alkohol przyniesiony przez znajomego, którego dziś nie mógł obudzić. Wchodzę do małego pokoju i widzę w rogu pod oknem materac na ziemi, a na nim leżącego mężczyznę. Potrząsam go za ramie nic, próbuje zmierzyć puls ale nie udaje mi się go ruszyć gdyż jest sztywny jak deska. Lekarz stwierdza zgon. Właściciel jakby nie dowierzał, patrzy na nas zdziwiony, dopiero lekarz uświadamia go ile miał szczęścia że po tej popijawie on się w ogóle obudził. Tego dnia jeszcze kilka wezwań, w tym do centrum handlowego, nieprzytomny mężczyzna.
Przegrana akcja
Dojeżdżamy na miejsce, wchodzimy do budynku, pełno ludzi, przeciskamy się przez tłum który leniwie nam ustępuje. W końcu pojawia się przed naszymi oczyma dwójka mężczyzn, reanimujących człowieka leżącego bezładnie na ziemi. Okazali się marynarzami, i dzięki Bogu znali zasady udzielania podstawowej pomocy. Korzystamy ze wszystkich dostępnych środków które mamy i kontynuujemy reanimację. Na uwagi tłumu już nie zwracam uwagi, kiedyś miałem kilkukrotnie ochotę dać komuś po twarzy za komentarze, za to że taki niby wygadany, a zanim przyjechaliśmy to nic sam nie zrobił. Na szczęście pojawia się ochrona która rozpędza tłum.
Walczymy godzinę, spoglądam w oczy tego człowieka, i wydaje mi się że prosi mnie wzrokiem aby dać mu już spokój, że on już nie chce. Po kilku minutach lekarz stwierdza że kończymy akcję. Ta godzina kosztowała mnie sporo wysiłku. W czasie powrotu do bazy, jeszcze w karetce, zaczynam jeść śniadanie, jest już prawie 15, jeszcze cztery godziny i zbieram się do domu. Po dojeździe do bazy kolega prosi mnie abym za niego pojechał na przewóz pacjenta, karetką przewozową, bo on musi zbierać się na następny dyżur.
Jedziemy we dwójkę.
Trzeba być twardym
Po drodze do pacjenta zachwycam się coraz skąpiej ubranymi paniami, głośno komentując powody swojego zachwytu. Kierowca milczy, wpatrzony przed siebie, nieobecny. Próbuję jakoś ożywić atmosferę i pytam się czy mu takie widoki się nie podobają. Zmierzył mnie wzrokiem i odpowiedział ?ja na nich patrzę się jak na chodzące zwłoki?. Zamknąłem się i już tak sobie milczeliśmy do końca dyżuru. Dopiero poźniej dowiedziałem się że ów ?przyjemniaczek? pracował wcześniej w zakładzie pogrzebowym. No ale w sumie mu się nie dziwię, 15-20 lat pracy w tym zawodzie może człowieka znieczulić. Tak się ostatnio zastanawiałem, strażacy, policjanci, wojskowi, mają swoich psychologów, jakieś grupy dyskusyjne itp., a ja z kim mam pogadać po ciężkim dniu? Z żoną przy obiedzie?



9799 |20460 |567 |21260 |19286 |16855 |6865 |19629 |15805 |2637 |